facebook

piątek, 22 sierpnia 2014

Urodzony kapitan



Był jednym z nielicznych polskich piłkarzy, którzy zrobili prawdziwą karierę poza granicami naszego kraju. Z Polski wyjeżdżał jako ukształtowany zawodnik, który wie czego chce i jest gotowy na wszystko. Imponował walecznością, charyzmą i zdolnościami przywódczymi. Przy tym wszystkim Tomasz Wałdoch, bo o nim mowa, był niezwykle lojalny wobec swoich fanów i klubów, w których grał. Właśnie dzięki tym cechom pokochali go kibice w Niemczech. W dużej mierze także dzięki nim, stał się symbolem Schalke 04 Gelsenkirchen.

Tomasz Wałdoch rozpoczynał swoją karierę w barwach Stoczniowca Gdańsk, gdzie po raz pierwszy ktoś zauważył jego nieprzeciętny talent. Już jako młody chłopak górował nad rówieśnikami determinacją i niesamowitą ambicją. Był też zawodnikiem niepokornym. Pierwsze lata gry w juniorach kosztowały go chociażby wyrzucenie z drużyny młodzików (kradzież w supermarkecie). Dały mu także wiele ciekawych znajomości, między innymi przyjaźń z późniejszym medalistą olimpijskim w podnoszeniu ciężarów - Waldemarem Malakiem. Wałdoch posiadał wysoko rozwiniętą umiejętność przewidywania zachowania rywali i czytania gry. Młody obrońca rozwijał się coraz szybciej, co poskutkowało transferem do Górnika Zabrze. Było to zaledwie dwa lata po jego debiucie w barwach Stoczniowca.

Utalentowany defensor trafił do zespołu, który właśnie przestał osiągać sukcesy. W tamtym czasie kończyła się wielka era Górnika, jednego z najbardziej utytułowanych klubów na piłkarskiej mapie Polski. Wałdoch zadebiutował w ówczesnej pierwszej lidze wiosną 1989 roku i od tego momentu regularnie występował w pierwszym składzie. Zbierał coraz lepsze recenzje, a w Polsce okrzyknięto go nowym, wielkim talentem polskiej obrony. Defensorem na lata.

W kolejnym sezonie Wałdoch grał jeszcze częściej. W wieku zaledwie 19 lat wyglądał jak obrońca kompletny. A na pewno taki, który zagrał przynajmniej 200 spotkań na poziomie ekstraklasowym. Kibicom imponowała jego lekkość i  dojrzałość w grze. Młody defensor zachwycał spokojem, często interweniując jak stary wyga. Wyżej wymienione cechy spowodowały, że z nieznanego, młodego, ponoć talentu stał się nadzieją nie tylko Górnika Zabrze, ale także reprezentacji Polski.

Sezon 1990/1991 przyniósł Górnikowi wicemistrzostwo Polski,  Wałdochowi pierwszy poważny sukces w dorosłej karierze, ale nie tylko. Waleczny obrońca strzelił także pierwsze bramki w najwyższej klasie rozgrywkowej w Polsce, a na początku kolejnych rozgrywek otrzymał powołanie do seniorskiej reprezentacji naszego kraju. W kadrze zadebiutował 21 sierpnia 1991 roku w wygranym 2:0 spotkaniu ze Szwecją. Zebrał niezłe recenzje, ale kibice czekali na więcej. Czekali na prawdziwy wybuch jego talentu.


Ten nastąpił już w kolejnym sezonie. Sezonie olimpijskim. To właśnie wtedy stał się kluczowym zawodnikiem Górnika, z którym zagrał w finale Pucharu Polski. Tam zabrzanie ulegli w karnych Miedzi Legnica, a jednym z winowajców porażki został właśnie Wałdoch, który nie wykorzystał jednej z "jedenastek". To niepowodzenie stało się dla niego motywacją do jeszcze cięższej pracy. Tuż przed igrzyskami olimpijskimi w Barcelonie urodził mu się syn Kamil, który dziś występuje w drugiej drużynie Schalke Gelsenkirchen. To wydarzenie było kolejnym bodźcem do jeszcze lepszej gry, której apogeum miało miejsce na Olimpiadzie 1992.


Na igrzyskach Wałdoch wystąpił we wszystkich sześciu meczach, będąc kluczowym zawodnikiem młodzieżowej reprezentacji Polski. Z powodzeniem dyrygował naszą linią obrony, której był centralną i integralną postacią.  Ostatecznie "Biało-czerwoni" wywalczyli srebrny medal, przegrywając w finale z Hiszpanią 2-3. Tym samym zainteresowanie młodymi Polakami niezwykle wzrosło, a nasi piłkarze nie narzekali na brak ofert. Nie narzekał również i Wałdoch, ale w przeciwieństwie do większości swoich kolegów postanowił pozostać w Polsce.

Tym samym ambitny obrońca kolejne dwa lata spędził w Górniku, stał się absolutną gwiazdą polskiej ligi, by dopiero w lipcu 1994 przenieść się na zachód. Po wygaśnięciu kontraktu ze śląskim klubem podpisał umowę z drugoligowym Bochum, które miało niepowtarzalną szansę powrotu do pierwszej Bundesligi. Szansę wykorzystaną, bo już po pół roku Polak mógł świętować awans do najwyższej klasy rozgrywkowej w Niemczech. Wałdoch był podstawowym zawodnikiem klubu i szybko zyskał szacunek wymagających kibiców.



Kolejny rok nie był już tak udany. Bochum jeszcze raz pokazało, że jest klubem za mocnym na 2.Bundesligę, a za słabym na pierwszą. Jeszcze raz zasygnalizowało, że balansuje między awansem, a spadkiem. Mimo niezłej postawy polskiego obrońcy i pierwszych goli w Bundeslidze "Die Unabsteigbaren" spadli z ligi. To był trudny moment dla samego zawodnika, jak i zespołu, w którym grał. Coraz częściej pojawiał się temat transferu Wałdocha do innych klubów Bundesligi, a także głosy, że jest defensorem za solidnym na Bochum.

Następne dwa lata dla VfL były udane. Najpierw Bochum awansowało do niemieckiej ekstraklasy, w czym spory udział miał polski obrońca, a potem zajęło piąte miejsce w Bundeslidze. Był to jeden z największych sukcesów w historii klubu, który dzięki niemu mógł zagrać w europejskich pucharach. Tym samym w sezonie 1998/1999 Tomasz Wałdoch zadebiutował w Pucharze UEFA. Dla Bochum było to wielkie wydarzenie, niestety zakończone kolejnym spadkiem z ligi, a tym samym utratą swojego kluczowego defensora. Polak podjął bowiem decyzję o zmianie barw klubowych.

W tym czasie blond-włosy obrońca miał już uznaną markę w Niemczech i reprezentacji Polski. W lipcu 1999 za ponad 2,5 mln euro przeniósł się do Gelsenkirchen, do tamtejszego Schalke. Tam stał się symbolem klubu, jego kapitanem i synonimem walki. Dwa pierwsze lata przyniosły mu ogromny szacunek fanów, zyskany dzięki niezwykłej determinacji i nieustępliwości. Wałdoch szybko został ulubieńcem kibiców, którzy bardzo rzadko doceniają grę zagranicznych zawodników. Historia Polaka była jednak zupełnie innym przypadkiem.

Już w ciągu pierwszych dwóch lat polski defensor rozegrał ponad 60 meczów ligowych, był kluczowym ogniwem defensywy Schalke, a w 2000 roku został jej kapitanem. Szczególnie udany okazał się sezon 2000/2001 zwieńczony wicemistrzostwem Niemiec i wygraniem krajowego pucharu. Wówczas w obronie S04 rządziła dwójka polskich obrońców. Hajto-Wałdoch, którzy rozumieli się bez słów. Dzięki temu ten sam duet decydował o jakości gry w defensywie polskiej reprezentacji.

W kolejnym sezonie Schalke wystąpiło w Lidze Mistrzów, a świetne występy Polaków dawały rodakom wiele radości także w kadrze, co poskutkowało pierwszym awansem do mistrzostw świata od 16 lat. I to właśnie na rok 2002 przypadł jeden z najgorszych, o ile nie najgorszy moment w karierze Wałdocha. Po udanych występach w klubie i reprezentacji dwójka naszych podstawowych środkowych obrońców nie poradziła sobie na mundialu. A mówiąc konkretnie skompromitowała się.

Wałdoch - kapitan tamtej reprezentacji już w pierwszym meczu zagrał bardzo słabo. W niczym nie przypominał kluczowego defensora drugiej siły Bundesligi. Popełniał proste błędy, brakowało koncentracji i wszystkiego tego, czym podbił serca kibiców. Doprowadziło to do porażki w pierwszym meczu z gospodarzem - Koreą Południową 0-2 i późniejszej katastrofy w meczu z Portugalią. W drugim spotkaniu mundialu Polacy ulegli Figo i spółce aż 0-4, a duet Hajto-Wałdoch zagrał jeden z najgorszych meczów w swojej profesjonalnej karierze.



 Ostatni mecz w reprezentacji Polski Wałdoch rozegrał wchodząc na minutę w trzecim grupowym spotkaniu wygranym ze Stanami Zjednoczonymi 3-1. W sumie w kadrze rozegrał 74 mecze z orzełkiem na piersi i jest członkiem Klubu Wybitnego Reprezentanta. Znów można było odnieść wrażenie, że Wałdoch wielkich sukcesów nie osiągnie, nie zdobędzie wielkiej ilości trofeów, a raczej zakończy karierę jako solidny zawodnik, ale nie do końca spełniony. Oczywiście wielkim osiągnięciem był i Puchar Niemiec i gra na mistrzostwach świata, ale gablota na największe piłkarskie trofea wciąż była dla Wałdocha zamknięta. 


Po mistrzostwach świata polski obrońca zaliczył dołek formy. Coraz rzadziej pojawiał się w pierwszym składzie S04, a jego klub zawodził i w lidze i w pucharach. Apogeum słabej gry przyszło w meczu z Wisłą Kraków, gdzie niemiecki klub przegrał aż 1-4. Po tym spotkaniu media nie zostawiły suchej nitki na zawodnikach Schalke, a już zwłaszcza na formie polskich obrońców. Koniec Wałdocha w Schalke, choć tak uwielbianego i szanowanego, zbliżał się wielkimi krokami.

Kolejny sezon przyniósł Polakowi więcej radości. Częściej pojawiał się w pierwszym składzie, był w lepszej formie, niż w poprzednim roku. Wciąż był kapitanem zespołu, mimo, że nie grał we wszystkich meczach ligowych. Braki szybkościowe nadrabiał walecznością i doświadczeniem. Wiek dawał jednak o sobie znać, Wałdoch miał już 33 lata, ale kibice nie wyobrażali sobie innego przywódcy w zespole. Schalke wyglądało jednak trochę jak polski obrońca, walczyło, starało się, ale coraz mniej z tego wynikało.

Rok później fani, choć niekoniecznie zgadzali się z tą decyzją musieli pożegnać swojego kapitana. W 2004 roku Polak przestał pełnić tę funkcję. Nowym szkoleniowcem Schalke został Ralf Rangnick, poprzednio prowadzący zespół Hannoveru 96. Spowodowało to niemałą rewolucję w klubie. Z S04 za darmo odeszli Agali do OGC Nice, Böhme i Van Kerckhoven do Borussii Mönchengladbach, Seitz do 1. FC Kaiserslautern i Hajto do 1. FC Nürnberg. Za 4,5 miliona euro na Veltins-Arena trafił Brazylijczyk Marcelo Bordon ze Stuttgartu, który został nowym kapitanem zespołu. Zakupiono także dwóch innych jego rodaków, Lincolna z Kaiserslautern, Aíltona z Werderu Brema, a także Mladena Krstajicia z tego samego klubu. Oznaczało to, że czas Polaków w Schalke bezpowrotnie minął.

W sezonie 2004/2005 Wałdoch zagrał jeszcze w 14 meczach ligowych,  ale w kolejnym dostawał coraz mniej szans, co spowodowało zakończenie kariery polskiego zawodnika. Defensor zawieszał buty na kołku dwukrotnie, bo w sezonie 2006/2007 pomógł jeszcze wrócić Jagiellonii Białystok do ekstraklasy. W Niemczech pozostał symbolem lojalności i profesjonalizmu. Mimo licznych problemów Bochum, grał dla tego klubu i w 1. i 2. Bundeslidze. Mimo ofert, nie chciał odejść do innego klubu, bo mimo wszystko czuł przynależność klubową.

Podobnie było w Schalke. Wałdoch stał się tam ulubieńcem kibiców, bo był z drużyną na dobre i na złe. Gelsenkirchen stało się jego drugim domem, a Polak, ani myślał o zmianie barw klubowych.Wolał być kochany w dużym klubie, niż lubiany w potężnym. Kto wie, jakby się potoczyła jego kariera, gdyby przyjął oferty z większych klubów. A może siedziałby na ławce?

Kolejną wartą uwagi cechą Wałdocha jest trafność podejmowania decyzji. Mógł odejść z Schalke, ale został tam kimś bardzo ważnym. Podobnie kilka lat wcześniej, dostawał oferty wyjazdu zagranice po igrzyskach olimpijskich, ale odmówił, bo nie czuł się jeszcze gwiazdą naszej ligi. Dorósł do tej decyzji, jeszcze ciężej pracował i odniósł w Niemczech sukces. Jest przecież polskim rekordzistą pod względem rozegranych meczów w Bundeslidze. A to nie byle co.

Po zakończeniu piłkarskiej kariery zajmował się trenowaniem juniorów w Schalke. W 2009 roku Wałdoch miał być asystentem selekcjonera Franciszka Smudy, ale nie dogadał się w kwestiach kontraktu z PZPN-em. 19 kwietnia 2010 został oficjalnie zaprezentowany jako dyrektor sportowy Górnika Zabrze. Pół roku później zrezygnował z pełnionej funkcji ze względów osobistych. Obecnie jest ponownie zatrudniony w Schalke, gdzie pełni rolę trenera młodzieży do lat 17.

O wybitnej karierze polskiego obrońcy w Niemczech niech świadczy fakt, że w latach jego świetności to właśnie koszulki z jego nazwiskiem sprzedawały się najlepiej w klubowych sklepach w Gelsenkirchen. W tym czasie S04 miało wielu wybitnych ofensywnych graczy, ale to właśnie Wałdoch był dla kibiców wzorem. Wzorem świetnego defensora, ale także porządnego człowieka z zasadami, dla którego najważniejsze nie były pieniądze, ale dobro klubu, w którym grał.

5 komentarzy:

  1. Najlepszy polski obrońca w historii Bundesligi. W Polsce zapomniany, za to w Niemczech wciąż szanowany. Najlepszy ,a nie wypromowany jak Hajto, który przy Wałdochu był nikim.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Lepiej bym tego nie ujal

      Usuń
  2. Wspanialy czlowiek! Wspaniala kariera ! Wielki szacunek Panie Tomku...Bycie kapitanem w Schalke 04 przez tyle lat to wielkie osiagniecie. Mieszkam w Düsseldorfie i wiem jakie to wielkie wyroznienie dla obcokrajowca tutaj w Niemczech osiagnac sukces!! serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
  3. Gratuluje i pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
  4. destinia free cheats

    Visit my blog post - Web Page - Fd7Mgfgasf.Com,

    OdpowiedzUsuń