facebook

poniedziałek, 1 września 2014

Gibraltarze, drżyj!




Adam Nawałka powołał kadrę na mecz eliminacji mistrzostw Europy we Francji. W przypadku kilku kadrowiczów, można poważnie zastanawiać się, nad ich przydatnością w reprezentacji. Z jednej strony podoba mi się to, że selekcjoner stawia na swoich, z drugiej coraz bardziej irytuje, że niektórzy zawodnicy mają miejsce w drużynie za nazwę klubu, w którym grają lub zwyczajnie za renomę.

niedziela, 31 sierpnia 2014

Benfica, klub z pucharami


Widoku z hotelowego pokoju mógłby mi pozazdrościć niejeden fan piłki. Z jednej strony mogłem podziwiać Estádio da Luz, z  drugiej Estádio José Alvalade. Dla futbolowego wariata jakim jestem, idealne miejsce na spędzenie kilku  dni w Lizbonie.

sobota, 30 sierpnia 2014

Walka czy brutalność czyli finał FA Cup 1970


Finał Pucharu Anglii w 1970 roku był absolutnie nadzwyczajny. Na przeciwko niezwykle silnej wówczas drużyny Leeds United stanęła przeciętna Chelsea Londyn, która nigdy wcześniej nie zdobyła tego trofeum. „Pawie” były w tym okresie naszpikowane gwiazdami reprezentacji Anglii, Szkocji czy Irlandii. Takie nazwiska jak Billy Bremner, Jack Charlton, John Giles, Allan Clarke, czy Peter Lorimer znaczyły w owym czasie równie dużo jak dziś Steven Gerrard czy Frank Lampard. Piłkarze „The Blues” przeciwstawili tej maszynie do wygrywania niespotykany dotąd hart ducha i okazało się, że w tym starciu wszystko jest możliwe.

piątek, 29 sierpnia 2014

Mecz o "mistrzowskim" znaczeniu



Dziś cofniemy się w czasie o przeszło 25 lat, a dokładniej do dnia 26 maja 1989 roku, kiedy to na Anfield rozgrywana była ostatnia runda ówczesnej najwyższej klasy rozgrywkowej w Anglii- English Football League.

czwartek, 28 sierpnia 2014

Lewonożny egzekutor


Niektórzy piłkarze łączą w sobie to, co kobiety lubią najbardziej - nie dość, że doskonale grają w piłkę, to jeszcze bardzo dobrze wyglądają. Inną grupą piłkarzy są tacy, którzy wyglądają jak rasowi modele, ale ich gra kaleczy wszelkie przyjęte normy moralne, jeśli chodzi o tak piękny sport jakim jest piłka nożna. Jacek Krzynówek należał do innej kategorii - jego wygląd często wywoływał śmiech (a nawet doprowadzał do powstania skeczów kabaretowych), jednak umiejętności, które posiadał, mogły niejednego zawstydzić...

Jacek Krzynówek urodził się w Kamieńsku, małym, liczącym około 3.000 mieszkańców, miasteczku położonym około 70 kilometrów na południe od Łodzi. Profesjonalną karierę rozpoczynał w LZS Chrzanowice. Z początku nic nie zapowiadało, że wyjdzie poza kluby grające na niskich szczeblach krajowych, jednak niespodziewanie w jego życiu pojawił się Tadeusz Dąbrowski, prezes RKS Radomsko, kolejnego klubu Krzynówka.

Nastoletni wtedy zawodnik dostał ofertę testów w radomszczańskim zespole, jednak po dłuższym zastanowieniu odrzucił ją. W tym czasie jego życie zaczęło układać według innego planu niż ten, który miałby piłkarski finał. Rozpoczął pracę w warsztacie stolarskim, znalazł miłość, o piłce niemal zapomniał.

"Ja jestem chłopak ze wsi, do wszystkiego musiałem dojść swoim uporem, potem wylanym na treningach. Przez dwa dni pracowałem już jako stolarz, o piłce za bardzo nie myślałem, bo zrozumiałem, że z tego rodziny nie utrzymam. Skręcałem meble. Stołu nie zrobiłem, ale kilka szaf i regałów udało się złożyć."

Po roku jednak znów przypomniał o sobie prezes Dąbrowski. Drugą propozycję dołączenia do zespołu z Radomska Krzynówek przyjął od razu. Można śmiało powiedzieć, że była to decyzja, która zapoczątkowała drogę Polaka na piłkarskie wyżyny. Dwa sezony wystarczyły, by w wieku 20 lat dołączyć do Rakowa Częstochowa, który w tamtym czasie rozgrywał mecze w Ekstraklasie. Po pierwszym sezonie, który w większości spędził w częstochowskich rezerwach, przeniósł się do GKS Bełchatów.

W sezonie 1997/1998 wraz ze swoim nowym zespołem awansował do Ekstraklasy, jednak utrzymał się w niej tylko rok. Pomimo słabych występów drużyny, Krzynówek swoją postawą zwrócił na siebie uwagę zagranicznych działaczy, ale również ówczesnego selekcjonera reprezentacji Polski - Janusza Wójcika. W swoim debiucie przeciwko Słowacji, 10 listopada 1998, roku zagrał tylko minutę (Polska wygrała 3-1). Chociaż później przez długi czas nie pojawiał się na liście powołanych, jego wola walki nie zmalała. Wiedział, że kiedyś nadejdzie jego pięć minut.

Nie pomylił się. GKS Bełchatów spadł z Ekstraklasy, jednak do drzwi Jacka Krzynówka zapukali działacze niemieckiego 1. FC Nürnberg. Oba kluby szybko dogadały się między sobą, decyzja należała jedynie do pomocnika. Po długim wahaniu udał się do Norymbergi, która w tamtym czasie, w 1999 roku, znajdowała się w 2. Bundeslidze.



Początki nie były łatwe, jednak dzięki pomocy dwóch innych Polaków grających w tym czasie w 1. FCN, Janusza Kosa i Dariusa Kampy, Krzynówek szybko się zaaklimatyzował. Zarówno sztab trenerski niemieckiego klubu, jak i kibice szybko docenili wolę walki i ambicję młodego pomocnika. Schemat był bardzo prosty - szkoleniowcy dawali mu szanse - on odpłacał bramkami, często takimi, które były na wagę zwycięstwa. Owa "wdzięczność" w niedługim czasie doprowadziła do awansu Norymbergi do 1. Bundesligi, natomiast Krzynówkowi nadała miano najlepszego lewoskrzydłowego sezonu 2001/2002 drugiego poziomu rozgrywkowego Niemiec.

W tym czasie ruszyła również jego kariera w reprezentacji Polski, którą w 2000 roku przejął Jerzy Engel. Szybko stał się jedną z jej czołowych postaci, jednak nie obyło się bez drobnych wpadek już na samym początku. 26 października 2000 roku w Cartagenie reprezentacja Polski rozgrywała mecz przeciwko zespołowi Hiszpanii. Orły przegrały spotkanie 3-0, a Jacek Krzynówek zapisał się w statystykach jako...asystent przy jednym z goli. Chcąc podać piłkę do jednego z kolegów, kopnął ją wprost pod nogi nadbiegającego Raula. Ten z kolei od razu wykorzystał sytuację i po szesnastu minutach Hiszpania prowadziła 1-0. Dziennikarze momentalnie zrobili z Polaka kozła ofiarnego i to właśnie na nim skupiła się cała uwaga po feralnym meczu.

Duża część młodych piłkarzy po tak kardynalnej wpadce zaliczyłaby duży spadek morale, co z pewnością odbiłoby się również na grze, jednak w przypadku Jacka Krzynówka było inaczej. Chęć zmiany niepochlebnej opinii popchnęła go dalej, co zaowocowało większym zaufaniem ze strony Jerzego Engela, jak również uskrzydlało piłkarza w Norymberdze, co nie uciekło uwadze kibicom, wśród których szybko stał się jednym z ulubieńców społeczności.

Rok 2002 zapoczątkował ciąg wydarzeń, które z kolei pociągnęły za sobą konsekwencje w karierze Polaka. Poważna kontuzja niemal na cały sezon wykluczyła go z gry, a osłabiona Norymberga nie zdołała utrzymać się w 1. Bundeslidze. Również losy reprezentacji potoczyły się inaczej, niż wszyscy by sobie tego życzyli. Eliminacje do Mistrzostw Świata w Korei i Japonii Polska przeszła bez większych komplikacji, Krzynówek, jako jedna z wyróżniających się person, został powołany do mundialowej kadry, jednak drużyna nie zdołała wyjść z grupy.

Schedę po Jerzym Engelu przejął tymczasowo Zbigniew Boniek, by po kilku miesiącach ustąpić miejsca Pawłowi Janasowi. Zmiany na stanowisku szkoleniowca nie zmieniły jednak pozycji Krzynówka w szeregach reprezentacji, nadal był jedną z jej czołowych postaci, będąc powoływanym na mecze eliminacji do Mistrzostw Europy w Portugalii. Polska nie zdołała się do nich zakwalifikować, jednak po raz kolejny wola walki i ambicja zawodnika Norymbergi dała o sobie znać. Na reakcję wielkich klubów nie trzeba było długo czekać i już w 2004 roku Jacek Krzynówek zasilił zespół Bayeru Leverkusen.



Dzięki determinacji szybko zaskarbił sobie sympatię sztabu szkoleniowego i już w pierwszym sezonie stał się jednym z najlepszych zawodników Aptekarzy. Razem z Dimitarem Berbatowem i Andrijem Woroninem tworzyli trio, które siało postrach zarówno wśród drużyn z Niemiec, jak i wśród zespołów europejskich, ale również budziło powszechne zainteresowanie wśród największych piłkarskich marek.

Szczególnym momentem w aptekarskiej karierze Krzynówka były zdecydowanie występy Bayeru w Lidze Mistrzów. Polscy kibice z pewnością najlepiej pamiętają mecz z 15 września 2004, gdy drużyna z BayArena zmierzyła się z Realem Madryt. Hiszpański zespół, w owym czasie przepełniony gwiazdami takimi jak Raul, Zinedine Zidane czy Luis Figo, pomimo swojej renomy nie zdołał powstrzymać Aptekarzy, którzy pewnie wygrali 3-0. Mecz miał polski akcent nie tylko w obecności na boisku naszego rodaka. Na kilka metrów przed polem karnym Realu piłka wpadła pod nogi polskiego zawodnika, który potrzebował ledwie sekundy, by istną 'petardą' z lewej nogi umieścić ją w siatce.

Na listę strzelców w tym turnieju Jacek Krzynówek wpisał się jeszcze dwukrotnie, w meczu przeciwko AS Romie i Liverpoolowi, który został triumfatorem całej imprezy. W prasie wrzało:

"Romie nie wypada przegrywać z zespołem, który ma tylko jedną gwiazdę - Jacka Krzynówka" 

"Za jego sprawą Bayer Leverkusen gra magiczny futbol"

To tylko niektóre z tekstów, które pojawiały się na temat polskiego zawodnika. Niemieccy kibice zgodnie twierdzili, że mają w drużynie prawdziwą gwiazdę "made in Poland". Niestety, nie trwało to długo.

Sezon 2005/2006 znacząco różnił się od poprzednich w wykonaniu polskiego pomocnika. Zaczęły się problemy z kolanem, które w późniejszym czasie spowodowały szybsze zakończenie kariery. W owym sezonie Krzynówek przeszedł dwie artroskopie, a większość czasu zamiast na boisku, spędzał w gabinecie rehabilitacyjnym. Również wewnętrznie klub zaczął przechodzić rozpad. W ciągu jednego sezonu trzykrotnie zmieniano trenerów, co rzutowało na atmosferę pomiędzy zawodnikami. W 2006 roku zabrakło dla Polaka miejsca w składzie Aptekarzy, jednak szybko znalazł on miejsce w innym klubie.

W międzyczasie w życiu Polaka wydarzyła się tragedia, zmarł jego ojciec, co miało miejsce na trzy dni przed meczem z Irlandią Północną. Na zgrupowaniu pojawił się na dzień po pogrzebie.

"Za dobrze nie pamiętam nawet, jak znalazłem się w Belfaście. Trener Bayeru Klaus Augenthaler zadzwonił i powiedział, że zaakceptuje każdą moją decyzję. Mogłem zostać w domu, wrócić do Niemiec albo pojechać na mecze reprezentacji. Najbliżsi doradzili mi, żebym grał dla Polski, to może szybciej zapomnę. Pamiętam ostatni trening przed meczem: wszystko było w porządku, ale po powrocie do hotelu dostałem dreszczy i wysokiej gorączki. Dopiero wtedy zacząłem reagować na stres związany z pogrzebem. Lekarz dał mi dwie kroplówki, to samo powtórzyliśmy rano. Wychodząc na boisko, nie myślałem już o osobistej tragedii, ale napięcie zeszło ze mnie dopiero wtedy, gdy strzeliłem gola. Wzniosłem ręce do góry, do taty, i po chwili ktoś mnie zmienił."

Zaskarbił sobie tym uznanie wśród polskich kibiców, którzy jeszcze przez długi czas traktowali go jako jedynego profesjonalnie pochodzącego do gry z orłem na piersi.

Sam zawodnik wspominając swoją karierę najcieplej wypowiada się właśnie o czasie spędzonym na BayArena i o bramkach w Lidze Mistrzów, o których napisałam wcześniej. Przyznał, że czasami wyszukuje w Internecie owe gole i dochodzi do wniosku, że właśnie dla takich chwil warto było trenować.

Wracając do wątku odejścia z Bayeru Leverkusen - los po raz kolejny skrzyżował drogi Jacka Krzynówka i Klausa Augenthalera. Obaj po raz pierwszy spotkali się w 2000 roku, gdy Polak dołączał do zespołu Norymbergi, później ponownie na BayArena, by ostatecznie po raz ostatni natrafić na siebie w VfL Wolfsburg.



Polak na tle zespołu prezentował się bardzo dobrze, jednak sezon 2006/2007 sympatycy Wilków najchętniej wymazaliby z pamięci. Mówi się, że tylko cud uratował VfL od spadku do 2. Bundesligi, a Augenthalera zastąpiono Felixem Magathem, co okazało się zbawienne dla Wolfsburga, jednak w dużej mierze zgubne dla Polaka.

Niemiec do dziś znany jest ze swoich kontrowersyjnych metod szkoleniowych. Nie na darmo nadano mu przydomek "Kat", bowiem wyjątkowo często zdarzało się, że wyczerpani zawodnicy tracili przytomność lub wymiotowali ze zmęczenia. Zamiłowanie Magatha do przygotowań fizycznych niekorzystnie odbiło się na kondycji kolana Krzynówka, który w czasie gry dla VfL przeszedł kilka kolejnych operacji.

"[...]jego treningi, które składały się zwykle z trzech części: bieganie, bieganie i bieganie. To była podstawa. [...]Człowiek zaciskał zęby i dawał z siebie wszystko. Pierwszy na mecie zwykle był Magath. Facet ma niesamowitą kondycję. Nie do zajechania. To chyba jedyny trener na świecie, który bez problemu przebiega maraton. I to z całkiem niezłym czasem."

Do dziś z uśmiechem na ustach wspomina jedną z sytuacji podczas obozu szkoleniowego, chociaż w tamtym czasie zawodnikom w ogóle nie było do śmiechu. Ostatniego dnia zgrupowania w Szwajcarii, podczas śniadania, Felix Magath ogłosił, że po obiedzie wszyscy udadzą się w góry. Zawodnicy z nastawieniem podziwiania krajobrazów pozytywnie przyjęli tę wiadomość, jednak już niebawem ujawniły się prawdziwe zamiary trenera. Autokar przywiózł drużynę na miejsce, nieopodal górskiej kolejki. Każdy pomyślał, że to właśnie nią udadzą się na szczyt, jednak Felix Magath zarządził - "Idziemy piechotą!"

Po około 45 minutach morderczego marszu Niemiec zauważył, że niektórzy z jego podopiecznych nie dają rady. Całą sytuację streścił Krzynówek:

"- Kto wejdzie na szczyt dziesięć minut za drugim trenerem, płaci 10 tysięcy euro kary. Każda kolejna minuta – następny tysiąc. A teraz, w nagrodę dziesięć minut odpoczynku. Motywacja była, nie można powiedzieć, że nie. Skończyliśmy na 2350 metrach. Grafite zemdlał z braku cukru w organizmie. Lekarz musiał schodzić 20 minut, żeby go ocucić. Jak się okazało, cały dystans pokonaliśmy w dwie godziny i piętnaście minut. Normalny turysta pokonuje tę trasę w sześć – siedem godzin."

Pod wodzą Magatha Krzynówek wytrzymał 2,5 roku. Trzeba przyznać, że jest to wynik satysfakcjonujący, zwłaszcza dla zawodnika, który już od jakiegoś czasu borykał się z problemami zdrowotnymi. Niektórzy, pozornie silniejsi i bardziej wytrzymali, nie dawali rady już po pół roku, inni rezygnowali po kilku dniach. Felix Magath nie zawsze stawiał na pomocnika, jednak zdarzały się sytuacje, kiedy "Kat" był niezadowolony z powołań do reprezentacji, bowiem niszczyło mu to plany związane z Polakiem.

Nie raz w głowie Jacka Krzynówka pojawiała się myśl, że "to już koniec", jednak wrodzona wola walki nie pozwoliła odpowiedzieć. Profesjonalizm nakazywał podporządkowanie się trenerowi oraz szukanie w nim pozytywów, chociaż było o nie trudno. Argumentami przemawiającymi za Niemcem były zdecydowanie wyniki. Przed przyjściem Magatha VfL ratował się przed spadkiem, w pierwszym sezonie kadencji zajął już 5. miejsce, by w kolejnym sięgnąć po pierwsze w swojej historii Mistrzostwo Niemiec.

To również wyróżniało "Jaszka" (bowiem tak Felix Magath nazywał Polaka) spośród innych zawodników. Wiedział, że ciężka ręka trenera ma swój cel i przynosi efekty. Ciężko było doszukiwać się w działaniach szkoleniowca jakiejkolwiek logiki, bowiem jednego dnia potrafił bez powodu odsunąć kogoś od pierwszego składu, by już kilka dni później wystawić go w meczach przeciwko rywalowi na szczeblu europejskim.

Bardzo pozytywnie z ówczesnego składu Wolfsburga wspomina Edina Dżeko oraz Grafite, którzy pomimo morderczych technik treningowych Magatha, zawsze byli uśmiechnięci i skorzy do żartów, co podtrzymywało na duchu kolegów z drużyny. Jednak zdarzały się sytuacje, kiedy śmiech znikał, a sytuacja stawała się niemal tragiczna, co miało miejsce właśnie w przypadku Brazylijczyka.

"Kiedyś na treningu zderzył się z Josue i stracił przytomność. Myśleliśmy, że nic poważnego się nie stało i za chwilę się otrząśnie i będzie grał dalej. Ale nic z tego. W zasadzie gdyby nie Ricardo Costa, to dziś mógłby już nie żyć. Portugalczyk podbiegł do Grafite, a ten… nie oddycha. Szybko mu wyciągnął język i udzielił pomocy. To go uratowało."

Jak sam przyznaje, do dzisiaj śledzi poczynania Wolfsburga, pomimo, że z jego składu pozostało w nim tylko dwóch zawodników, Diego Benaglio oraz Marcela Schäfera. Swój epizod na Volkswagen Arena podsumował w jednym z wywiadów:

"Na początku grałem dużo, notowałem asysty i wszystko wyglądało dobrze, ale z czasem nastąpiła zmiana trenera. Co prawda udało nam się utrzymać w lidze, ale dysponując takim zapleczem finansowym, jakim dysponuje Wolfsburg, czyli fabryką Volkswagena, te wymagania muszą być większe. Przyszedł trener Felix Magath, pościągał swoich ludzi… W tamtym okresie przez klub w ogóle przewinęło się mnóstwo piłkarzy. Przez dwa lata na wzmocnienia wydano ponad 80 milionów euro i z drużyny, która broniła się przed spadkiem, zrobiliśmy najpierw piąte miejsce w lidze, a później – mimo że ja nie miałem w tym zbyt dużego udziału - mistrzostwo Niemiec."



W międzyczasie toczyła się również kariera reprezentacyjna. W dużej mierze przyczynił się do wywalczenia przez kadrę awansu do Mistrzostw Świata w Niemczech w 2006 roku. Jakie jest najczęstsze skojarzenie polskich kibiców, jeśli rzucimy hasłem "Jacek Krzynówek w reprezentacji"? Oczywiście bramka strzelona Portugalii na wyjeździe, w meczu barażowym o Mistrzostwa Europy w Austrii i Szwajcarii w 2008 roku.

8 września 2006, mamy 87. minutę spotkania Portugalia - Polska. Reprezentacja przegrywa 2-1, piłka w posiadaniu biało-czerwonych. Mariusz Lewandowski podaje do Jacka Krzynówka, ten przyjmuje, wymija obrońców, po czym z zabójczą siłą uderza z lewej nogi. Futbolówka przelatuje pod rzucającym się Ricardo, odbija się od słupka, później od pleców upadającego bramkarza, by szczęśliwie zatrzymać się w siatce. Bramka została zdobyta w niemal identyczny sposób jak ta przeciwko Realowi Madryt. 

Nazwisko Jacka Krzynówka długo nie schodziło z języków dziennikarzy i kibiców, ale nie ma się czemu dziwić, skoro to właśnie pomocnik VfL Wolfsburg doprowadził do pierwszego w historii polskiej kadry awansu do Mistrzostw Europy. 

Przygoda z reprezentacją zakończyła się o porażce ze Słowenią 0-3 w eliminacjach do Mistrzostw Świata w Republice Południowej Afryki, 9 września 2009 roku. 

W lutym 2009 roku Jacek Krzynówek został zawodnikiem Hannoveru 96, co było krokiem dosyć ryzykownym, zważywszy na to, jakie stosunki panują pomiędzy sympatykami obu klubów. Przenosząc to na nasze polskie realia, porównywalne jest to z sytuacją pomiędzy Cracovią a Wisłą. Często zawodnicy, którzy dopuścili się takiej zmiany barw są wykluczani z grona ulubieńców, pomimo, że wcześniej dla klubu robili wiele. Sytuacja ma się inaczej, jeżeli zawodnik nie jest już kluczowym lub chociażby ważnym elementem zespołu i po prostu musi z niego odejść - tak też było w przypadku Polaka. Podczas rozmów z kibicami VfL, którzy doskonale pamiętają jego początki, jak i dalszą karierę na Volkswagen Arena, niejednokrotnie korzystałam z okazji i dopytywałam o to, co pamiętają z występów pomocnika. Pomimo upływu lat jedno jest wciąż wspominane - niewyobrażalnie silne uderzenia z lewej nogi, które najczęściej kończyły się zdobyciem bramki.


Niestety epizod w Hannoverze zwiastował schyłek kariery Krzynówka. Problemy z kolanem narastały, sytuacja zamiast się poprawiać - wyniszczała zawodnika. Narastający ból skłonił byłego Wilka do zastanowienia nad swoją sytuacją. Doniesienia o odwieszeniu butów na kołek stawały się coraz bardziej realne, kiedy to rok wcześniej media podały taką informację do wiadomości publicznej, jak się później okazało - niepotwierdzoną. Jacek Krzynówek zdementował wszelkie plotki mówiąc, że jest w trakcie poszukiwania klubu. 15 sierpnia 2011 roku oficjalnie zakończył karierę piłkarską. W barwach zespołu z HDI-Arena rozegrał w ciągu dwóch lat jedynie 25 spotkań.

11 maja 2012 roku w Radomsku odbyła się impreza pt. "Grać jak Jacek Krzynówek", podczas której polski zawodnik rozegrał swój pożegnalny mecz. Dawny skład RKS Radomsko zmierzył się z Krzynówkiem oraz "zespołem przyjaciół", w którym zagrali m.in. Jerzy Dudek, Jacek Bąk, Paweł Kryszałowicz, Marek Saganowski, Michał Żewłakow, Radosław Kałużny, Mariusz Lewandowski oraz sam Tadeusz Dąbrowski. Na stadionie pojawiły się tłumy, a gdy mecz się zakończył i ówczesna prezydent Radomska, Anna Milczanowska, wręczyła mu w podziękowaniu puchar od radomszczan, zawodnik nie krył wzruszenia i kilkukrotnie wycierał twarz.

Dziś jest szczęśliwym mężem i ojcem dwójki dzieci, który w pełni oddaje się rodzinie. Również w 2012 roku wraz z Jackiem Bąkiem zostali akcjonariuszami Motoru Lublin, obecnie grającego w III lidze, grupie lubelsko-podkarpackiej. Dzięki temu kapitał klubu został podniesiony o niebagatelną kwotę 400 tysięcy złotych. 

Do zainwestowania w Motor nakłonił go właśnie Jacek Bąk, który z pełnym przekonaniem przedstawiał szczegóły dotyczące infrastruktury, nowego stadionu. Były zawodnik Bayeru Leverkusen niejednokrotnie podkreślał swoje zadowolenie z faktu, że decyzja dotycząca zespołu z Lublina została do ostatniej chwili utrzymana w tajemnicy, bowiem bardzo często zasypywany był pytaniami czym zajmie się po zakończeniu piłkarskiej kariery. Jakie plany wiąże z Motorem?

"Motorowi się nie wiodło, ale mam nadzieję, że teraz będzie już tylko lepiej. Chcemy zadbać o to, aby drużyna awansowała coraz wyżej. [...]Chcemy stworzyć drużynę, która zagra w piłkarskiej ekstraklasie."



W momencie zakończenia kariery Jacek Krzynówek miał 35 lat. Dla większości piłkarzy jest to najwyższa pora, aby udać się na sportową emeryturę. Nie wiadomo, jak potoczyłaby się kariera polskiego pomocnika, gdyby nie problemy z kolanem, może dziś moglibyśmy podziwiać jego strzały na zapleczu Ekstraklasy lub nawet i niej? 

Patrząc z perspektywy czasu śmiało można powiedzieć, że Jacek Krzynówek był piłkarzem wyjątkowym. Udowodnił, że ciężką pracą i wielką wytrwałością można dojść na szczyt. Nie było w nim cienia gwiazdora, zamiast tego odznaczał się skromnością i pokorą. Dzisiaj młodsze pokolenie kibiców zapewne kojarzy Krzynówka z internetowych obrazków porównujących jego szczękę do posągów z Wysp Wielkanocnych, a nie z przepięknych bramek. Starsi mogą im jedynie współczuć, bowiem w dzisiejszych czasach niemal nie ma już zawodników starej generacji. Takich, którzy w odpowiednim momencie wyjdą z siebie i staną obok, by dać impuls do walki. W obecnej reprezentacji brakuje lidera, kogoś, kto nie tylko będzie potrafił w szatni przemawiać o tym, że dany mecz trzeba wygrać. Nie ma osoby, która potrafiłaby wykrzyczeć, że jest źle, a nie na siłę ubierać wszystko w piękne słowa, które nie przynoszą efektu.

Warto zaznaczyć, że bohater dzisiejszej opowieści należy do Klubu Wybitnego Reprezentanta. Na tę chwilę Jacek Krzynówek, wraz z Jackiem Bąkiem, zajmuje czwarte miejsce na liście największej ilości występów, mając na koncie 96. meczów. 

No dobrze zapewne przesadziłam, w obecnej kadrze jest ktoś, kto jeszcze do tej starej generacji należy. Mam na myśli Artura Boruca, jednak jego czas już się kończy, nie jest on stałym "numerem jeden" między naszymi słupkami. Wraz z jego odejściem definitywnie zakończy się rozdział polskiej reprezentacji, w którym miał okazję występować również Jacek Krzynówek...