facebook

poniedziałek, 7 września 2015

Z magią atrakcji, lecz bez sensacji




Ledwie kilka dni temu pisałem o naszej szansie na nowe Wembley. Jeszcze bardziej efektownej, bo niemieckiej. I o ile mecz we Frankfurcie rzeczywiście przegraliśmy, pamiętać trzeba, że przy takich zasadach kwalifikacji jak 42 lata temu - Biało-Czerwoni awansowaliby na Euro, natomiast to ekipa Nationalelf pogrążyłaby się we łzach.


Absolutnie nie przekonuje mnie teza, że w momencie powrotu do starych reguł nasi zachodni sąsiedzi byliby prawdopodobnie mocniejsi, szybsi, dokładniejsi, bardziej skoncentrowani. Prawda jest bowiem taka, że die Mannschaft zagrali najlepsze spotkanie od ponad roku, w końcu doskonale prezentując się w układzie z nowymi nazwiskami w tle. Niemcy pierwszy raz od dawna pokazali to z czego słyną - dyscyplinę, polot, technikę, skuteczność - byli w swojej absolutnie szczytowej formie. Cieszy najbardziej to, że Polacy nie tylko umieli dotrzymać im kroku, ale przede wszystkim stwarzali bardzo poważne dla przeciwnika zagrożenie. Oddając w końcowym rozrachunku chociażby podobną liczbę celnych strzałów.

Tak się jednak dziwnie składa, że to my mamy najlepszego strzelca eliminacji, to my możemy się pochwalić najskuteczniejszym duetem napastników, to w końcu my mamy korzystny bilans bezpośrednich spotkań z mistrzem świata. Za to należą się wielkie brawa, dozgonny szacunek, ale hola hola gdyby nie pewne decyzje personalne, podjęte jeszcze przed meczem mogło być jeszcze lepiej. Do przodu.

Otóż nie od dziś wiemy, że Nawałka dokonuje z tą kadrą istnych cudów. Jednym z nich było wyciągnięcie absolutnie beznadziejnej reprezentacji z kryzysu, fantastyczna seria kilkunastu miesięcy bez porażki w meczach eliminacyjnych, wygrane z przeciętniakami (czasem nawet wysokie jak z Gruzją) po fatalnej grze - co wcześniej się nie zdarzało, historyczne zwycięstwo z Niemcami i często zaskakujące decyzje polskiego szkoleniowca, które w większości przypadków kończyły się sukcesem. W większości, bo w piątek było zupełnie inaczej, choć znów pachniało sensacją złożoną z małych niespodzianek.

Tą niespodzianką, która dla mnie nie była raczej zagadką poprawiającą humor, a mówiąc ściślej w ogóle ją nie była, okazało się wystawienie w pierwszej jedenastce Krzysztofa Mączyńskiego, który nie dość, że nie wiadomo dlaczego jest piłkarskim pupilem Nawałki to jeszcze na złość samemu sobie i dobru polskich kibiców strzelił już w tych eliminacjach jednego gola. Tego samego, który zabarwił jego mocno przeciętny występ ze Szkotami, dzięki czemu wybitni polscy statystycy - satyrycy naszego futbolu mogli pisać o byłym pomocniku Wisły jako o odkryciu pana Adama. No cóż, odkryciem to już bardziej nazwać można Olkowskiego, bo przecież nie Thiago z Kurytyby, a tak szczerze pisząc to tylko Milika. Tak, to było/jest prawdziwe objawienie. Absolutna rewelacja.

Wracając jednak do tych małych zaskakujących atrakcji w składzie kadry na mecz z najmocniejszą drużyną globu mogliśmy ujrzeć także nazwisko Jodłowca - człowieka walczącego, ambitnego, wojownika, który już pierwszym meczem z Niemcami pokazał całemu światu, że takie spotkania to dla niego zbyt duże buty. I to nie tylko o jeden rozmiar, ale prawdopodobnie całe dwa. Liga Europy to dla Legionisty absolutny szczyt. Wysokie obcasy.

Niekoniecznie rozumiał to natomiast selekcjoner Nawałka wystawiając obu wyżej wymienionych panów - przeciętnych piłkarzy w środku pola. Mało tego, w sercu boiska po naszej stronie był już przecież niezawodny Krychowiak, więc jeden kolega do przerywania akcji byłby tu wystarczający. Nawałka postanowił jednak inaczej, zapominając o polskiej sile - skrzydłach, a także o niemieckich problemach - bokach obrony przy nieporadności (wywołanej wysoką dyspozycją naszych bocznych pomocników) której spokojnie można było walczyć o zwycięstwo. Polski trener taką opcję jednak uniemożliwił.

Czy stało się tak z powodu Kuby czy nie, już może nie roztrząsajmy, natomiast pewne jest, że usprawnienie skrzydeł mogłoby w tym spotkaniu mieć charakter decydujący i ostateczny. Zupełnie jak decyzje don Corleone.  Stało się jednak inaczej i o ironio znów Nawałka prawie taką - tym razem niekorzystną decyzją- wygrał. Przecież Polacy radzili sobie w takim ustawieniu momentami bardzo dobrze, a chwilami nawet porywająco. Tylko te indywidualne pionki...

Przykro niestety oglądać jak po raz kolejny Mączyński zachowuje się, jakby był na największej karuzeli świata, miał lęk wysokości, nie miał pojęcia gdzie się znajduje, kręciło mu się w głowie i tak ogólnie jakby stwierdził, że trzeba schodzić, bo jest niebezpiecznie. Ze wspomnianym Jodłowcem było podobnie z tą jednak różnicą, że były grajek Polonii czasem się rozchmurzył z frajdą walcząc o nowe, pozytywne doznania. Jednak żaden z nich nie zszedł na ziemię na czas. Kiedy już się ogarnęli, uspokoili i przestali się bać było już za późno. Kiedy śpiewali "I bielieve I can fly" wylatując z Niemiec, wygrana reszta była już w ciepłych krajach i opalała się w tropikach. A szkoda, bo szansa była przednia. Skończyło się na nieudanej zabawie.

No więc, kto za naszych dzielnych, przytoczonych pomocników? Polanski, rzecz jasna. Oczywiście, nie od przedwczoraj jestem wielkim przeciwnikiem nadawania obywatelstwa człowiekowi, który Polakiem się nie czuje, (typu moja ulubiona wypowiedź Thomalli "jeśli selekcjoner Nawałka chciałby ze mnie skorzystać, nie powiem "nie", gdyby jednak przyszło wybierać mi między Polską a Niemcami, wybrałbym tych drugich.") ale w przypadku, gdy taki zawodnik jakimś cudem dla nas grać już może warto z niego skorzystać. Tym bardziej, że przerasta o dwie piłkarskie głowy i Mączyńskiego i Jodłowca - inaczej wykorzystany potencjał walki  (mądre bieganie) , a i jeszcze podać konkretnie potrafi. Spiny na bok, tu jest kadra. Dobro wspólne.

Alternatywą na mecz z Niemcami (poza zmianą ustawienia) był tu jednak tylko promowany piłkarzyk Linetty, znany z ogromnego talentu i nietytanicznej pracy, który na własne polecenie opuścił zgrupowanie kadry. Mówiąc jaśniej - zwolnił się z niego. Z tego też powodu od lekarza po cały sztab związany z reprezentacją wybuchło potężne, zresztą całkiem zrozumiałe zdziwienie, bo jak można coś takiego zrobić będąc kadrowiczem, który może chodzić? Niepojęte. Mentalność bliższa przedszkolakom niż ludziom walczącym o dobre imię kraju. Tym bardziej patrząc na sytuację Piszczka, grającego po raz kolejny z orzełkiem na piersi z kontuzją. Tym samym tak jak Linetty się zwolnił i został puszczony - tak dziś powinno się go (pomocnika Lecha) zwolnić na dłuższy czas z reprezentacją. Niech odpoczywa.

Abstrahując już od spraw kadrowych Polacy przegrali nieskutecznością i tym, że Niemcom pozwolili na więcej niż Warszawie. Dali się im rozpędzić, pograć w dziadka, poszarżować. My - jako kadra też pudłowaliśmy w sytuacjach, które w październiku wykorzystywaliśmy, więc chcąc nie chcąc pozytywnie to się skończyć po prostu nie mogło. Zagraliśmy kolejny mecz na niezwykłym poziomie, natomiast prawdą jest, że regularne zwycięstwa Polski z Niemcami to nadal sfera marzeń.
Faktem jest, że przez ostatni rok wyszliśmy z potężnego, głębokiego kilkumetrowego dołu, gramy jak równy z równym z mistrzem globu, więc wszystko po kolei. Póki co bądźmy dumni, że za kadrę nie musimy się już wstydzić.

Do awansu brakuje wciąż niewiele. Możliwe, że czterech punktów (trzy mamy dopisywane automatycznie, bo Gibraltar), a prawie pewne, że sześciu. To już końcówka. Wystarczą dwa zwycięstwa. Doczekaliśmy czasów, że mecze z Gibraltarem czy Gruzją nie są ani pojedynkami o wszystko, ani meczami ostatniej szansy. Może to jeszcze niewiele, ale zawsze jakiś  progres. Zacznijmy dzisiejszy mecz jak  Niemcy z nami. Czas na pogrom, festiwal strzelecki, oby kolejny rekord. Ile tam swojego czasu oberwało San Marino? Dychę do zera?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz