facebook

czwartek, 28 sierpnia 2014

Urodzinowe rozważania czyli patologiczne lata bez sukcesów polskiej piłki



Dziś kończę 22 lata. Jak na człowieka pewnie mało, na pewno za mało, by dawać rady i oceniać. Jednak w naszym kibicowskim życiu to lata świetlne. W tym czasie zmieniały się systemy polityczne na całym świecie, dochodziło do ewolucji kolejnych społeczeństw, a i w futbolu nastąpiła rewolucja. Metamorfozy następowały wśród działaczy, trenerów czy piłkarzy. Zmieniała się również sama piłka nożna, ze względu na styl gry, coraz większe pieniądze i zanikające wartości. Jednak w polskiej piłce od dwóch dekad, nie zmieniło się nic. Gdzieś po ostatnim sukcesie na igrzyskach w Barcelonie w 1992 roku, wpadliśmy w dół, z którego do dziś nie możemy się wydostać. I choć kilkukrotnie było blisko, zawsze brakowało dłuższego planu naprawczego, pomysłu, a być może i rewolucji.

Nie będzie to jednak kolejny tekst o naprawie Rzeczpospolitej piłkarskiej. Dziś chciałem się z Wami podzielić moją historią. Historią kibica polskiej reprezentacji, często tragiczną, ale momentami też szczęśliwą. Ot, takim komediodramatem. Chciałbym również byście przeczytali, o tym co jest nie tak z polską piłką i co mi w niej najbardziej przeszkadza. Zaczerpnęli trochę historii, ale pewnie też wspomnień z dzieciństwa. A więc, nie przedłużajmy i zaczynajmy.

Kluby

Pochodzę z okolic Zamościa czyli futbolowego trzeciego świata. Nawet jeśli mówimy o Polsce. A może tym bardziej? Jako młody chłopak zafascynowałem się jednak Legią Warszawa. Co miało znaczenie przy wyborze klubu, dla kajtka, który właśnie na serio zaczął interesować się futbolem? Na pewno barwy klubowe. Wojskowi mają bez wątpienia, jeden z piękniejszych herbów w Polsce. Mieli też w swoim składzie kilku zawodników budzących respect, już na pierwszy rzut oka. Od małego uwielbiałem też ludzi niepokornych, mających swoje zdanie i po prostu szalonych. Takich w ówczesnym mistrzu Polski znalazłem kilku. I to mi bardzo odpowiadało. Wypadałoby też powiedzieć o kibicach, ale transmisji telewizyjnych z meczów naszej ekstraklasy nie było, a więc jako kilkulatek wiedziałem o nich niewiele. Jednak, kiedy po raz pierwszy zobaczyłem ich w akcji, byłem już pewien. To nie będzie przelotna miłość, ale taka aż po grób.

Na przełomie wieków wyniki Legii nie były najlepsze. Nigdy nie myślałem o zmianie barw klubowych, ale szukałem drużyny na świecie, która mi zaimponuje. Był Manchester United, wygrywający w pamiętnym finale LM z Bayernem, był Real, z Zidane'm, Roberto Carlosem, Beckhamem czy Raulem, ale nigdy nie byłem sezonowcem. Jakoś nie pasowałem do tych klubów, nie widziałem tego czegoś. Ale, któregoś pięknego popołudnia obejrzałem mecz Liverpoolu i znów, tak, jak w przypadku Legii zaimponowali mi kibice.  W bramce stał Polak - Jerzy Dudek, a YNWA była czymś niesamowitym. Do dziś nie jestem zapalonym kibicem LFC, ale ten klub ma coś w sobie wyjątkowego. A ich mecze ogląda się właśnie ze względu na fanów.

Kolejnym klubem, któremu kibicowałem, tym bardziej ze względów lokalnych niż sportowych był Hetman Zamość. Klub z niemal 16-tysięcznym stadionem, z dobrym zapleczem treningowym, niezłym sportowym, ale zawsze beznadziejnym finansowo. Z trybun oglądałem poczynania Rockiego, Piechniaka, Gancarczyka, Ziarkowskiego czy Ciosa, a później także Tytonia, Prusa czy Kostrubały. Nie są to może wielkie nazwiska, ale anonimowe też nie. Wielu z nich grało potem w ekstraklasie, paru się zmarnowało, ale na zapleczu pierwszej ligi dawali popis swojej gry. Hetman miał zawsze fanatycznych kibiców (więcej w podrozdziale nienawiść), na mecze w Zamościu chodziło kilka tysięcy ludzi, a frekwencja była jedną z najwyższych na zapleczu ekstraklasy.

 Był także sezon, w którym Hetman było blisko awansu. Sezon, w którym działy się cuda. Przedziwne czerwone kartki, karne z kapelusza, nieuznane gole były punktem obowiązkowym każdego jesiennego spotkania kampanii 2001/2002. Padały też piękne bramki, jako kibic nie zawsze wychodziłem ze stadionu zadowolony, ale na brak emocji nigdy nie narzekałem. Na wiosnę cudów ciąg dalszy. Tylko w drugą stronę. Tym razem to Hetman przegrywał w bardzo kontrowersyjnych okolicznościach, ktoś rzucał z trybun: "sprzedane", a ja nie wierzyłem w te słowa. Bo jak tak można? Przychodzi tyle tysięcy ludzi na stadion i piłkarze odpuszczają mecz? Tak, jeszcze wtedy wierzyłem w "piękno futbolu" ( więcej podrozdziale korupcja).Do awansu oczywiście zabrakło niewiele, ale tak serio czy ktoś tego awansu poza kibicami chciał? Pewnie nie, ale my się łudziliśmy.



Pierwszy mój osobisty kontakt z Legią miał miejsce w 2005 roku, kiedy Wojskowi przyjechali zlać Hetmana w Pucharze Polski. Mecz zakończył się wynikiem 0-4 dla stołecznego klubu, a wszystkie gole strzelił Piotr Włodarczyk, co było bardzo złym omenem. To nie był już co prawda, ten samHetman, ale gole tego zawodnika bolały podwójnie. Wtedy pierwszy raz pomyślałem,  że skoro "Nędza" strzela nam cztery bramki (miał wtedy jakąś fantastyczną serię bez gola), to ten klub musi być upaść.Tak się stało, a dziś istnieje tylko młodzieżowa, półamatorska drużyna w Zamościu.

I to właśnie mniej więcej od 9 lat postawiłem tylko i wyłącznie na Legię. Zawsze była najważniejsza, ale wtedy została tylko ona. Wnioski były proste. Po pierwsze to najbardziej przereklamowany klub w Polsce. Dziś już i tak mniej, choć marketingowo nadal kreują się niesamowicie, a zdarza się im zapominać o prostych sprawach - patrz mecz z Celtikiem. I tak było od zawsze. Uwielbiałem piłkarzy Legii, kibiców, to, że byli najmocniejsi w kraju. No tak, ale czy byli? Popatrzmy, od 2005 roku. Przez pięć lat  posucha. Jedno mistrzostwo Polski, jakieś mniej znaczące puchary i kompromitacje w Europie. Szczerze, w pucharach bardziej się wstydziłem niż cieszyłem. Były wpadki sportowe, ale czy kilka gorszych meczów to wpadka czy już słabość? Ciągle mówimy o wpadkach, ale bądźmy szczerzy. Wpadki to notuje Barcelona, a polska piłka jest po prostu beznadziejna. Były też kompromitacje kibiców, pamiętam Wilno, inne burdy i słynny pressing Macieja Iwańskiego.

Jednak prawdziwy kibic jest z klubem, na dobre i na złe. Prawdziwy kibic, kocha mimo wszystko. Zawsze miałem swoich idoli w Legii, ale o tym później. Prawdą jest, że od kiedy pamiętam (rok 1998) Legia tylko raz mogła pochwalić się dobrym występem w pucharach. Były co prawda jakieś przerywniki, mecz z Utrechtem 2001 (4-1 tak?), ale synonimem Wojskowych w pucharach była przez ostatnie lata nieudolność. Od 2010 roku coś ruszyło, a dwumecz z Celtikiem pierwszy raz w moim kibicowskim życiu sprawił, że byłem dumny z Legii w europejskich pucharach. Niestety tylko kilka dni. Bo potem przyszła kolejna kompromitacja. Jako kibic Legii muszę to przyznać. Jakiekolwiek sukcesy w pucharach w ostatnich dwóch dekadach to miała Wisła, a nie CWKS.

Reprezentacja

Jeśli chodzi o naszą kadrę narodową, moja przygoda zaczęła się bardzo przyjemnie. Były toeliminacje do MŚ 2002, a raczej ich początek - jesień 2000 roku. Pierwszy skład? Proszę, bardzo. Dudek, Wałdoch, Hajto, Bąk, Żewłakow, Iwan, Kałużny,Świerczewski, Koźmiński, Olisadebe, Kryszałowicz. Świetna reprezentacja, dzięki której przeżyłem wiele miłych chwil. Na ławce byli jeszcze młody Głowacki, Kłos, Karwan czy Marcin Żewłakow. Nasza kadra grała wówczas znakomicie i pierwszy raz od 16 lat awansowała do finałów mistrzostw świata. Natychmiast uznano to wielkim sukcesem, na miarę medali wielkich sportowych imprez. Jasne sukces był, ale bez przesady. Ogłoszono też, że Polska jedzie po złoto.

Podobnie było po eliminacjach do MŚ 2006. Kadra Pawła Janasa wygrała 8 na 10 spotkań i pewnie awansowała do mistrzostw świata w Niemczech. Nadzieje były wielkie, ale skończyło się jak zawsze. Czyli kompromitacją. Największym problemem obu selekcjonerów było to, że nie powołali na MŚ swoich kluczowych zawodników. W 2002 roku na mundial nie pojechał Iwan, w 2006 Frankowski, Rząsa, Kłos i Dudek. Choć już wtedy zastanawiałem się, co miałaby robić ta ostatnia trójka w kadrze? Żaden z nich nie grał regularnie w klubie, ale nie powołanie Frankowskiego było strzałem w stopę.

Później przyszły czasy Leo Beenhakkera. Holenderski szkoleniowiec awansował z polską kadrą po raz pierwszy, historyczny do Euro. Tam też oczywiście daliśmy popis i nie wygraliśmy nawet jednego meczu. Jednak lepszego szkoleniowca zapewne nie będziemy mieli przez wiele następnych lat. Jak nikt potrafił dotrzeć do piłkarzy, zmotywować ich i zaszczepić mentalność zwycięzców.  Ale został wyrzucony, o czym dowiedział się z telewizji, bo PZPN-em rządził prymitywny Grzegorz Lato.




Wyżej opisane historie były tylko wyjątkami od reguły. Ostatnim naszym sukcesem był sukces w Barcelonie na IO w 1992 roku. W latach 90. w Polsce rządziła korupcja, a meczami handlowało się częściej niż koszulkami na bazarze. W kadrze, kto nie zapłacił, nie grał. Artur Wichniarek, który raz zapomniał wpłacić "kadrowego" ówczesnemu trenerowi Januszowi Wójcikowi, został przez niego skreślony i w kadrze nigdy nie zaistniał. Takich przypadków, było pewnie więcej. A polską piłkę można określić, tylko jednym słowem. Patologia.

Rewolucji oczywiście nie było. Co z tego, że coraz lepiej radząca sobie Wisła Kraków miała pieniądze, skoro wolała przeznaczać je na zawodników, zamiast zainwestować w młodzież, wybudować akademie i rozpocząć szkolenie. Zobaczmy co stało się z Belgami i Holendrami, gdzie grają dziś talenty tamtejszej piłki. Nie, to nie przypadek. Kiedy Wisła wygrywała w pucharach i kupowała kolejnych piłkarzy, kraje Beneluksu szkoliły. Kto dziś, jest lepszy?

 Polską piłką rządził pieniądz źle zarządzany. Kibice w Polsce już wkrótce musieli obawiać się meczów z Levadią Tallin, Karabachem Agdam czy innymi egzotycznymi ogórkami. Musieli wstydzić się też za reprezentację, która po odejściu Leo Beenhakkera trafiła w ręce Franciszka Smudy. Dobrego trenera klubowego, choć słabego reprezentacyjnego. Ale i tu były przebłyski. Polacy w meczach towarzyskich grali coraz lepiej, a po pierwszej połowie meczu z Grecją, kibice przecierali oczy ze zdumienia. Czy to grają, na pewno, nasi kadrowicze?-pytali. W drugiej połowie nie mieli już wątpliwości. Mecz zakończył się remisem 1-1, ale co by nie mówić Smudzie zabrakło tylko i aż jednego zwycięstwa do wyjścia z grupy. Gdyby ustawił zespół tak jak w meczach towarzyskich, czyli ofensywnie, zagralibyśmy w ćwierćfinale Euro na naszej ziemi.

I jeszcze jedna refleksja. Kiedyś kompromitacją nazywaliśmy odpadnięcie z grupy w finałach mistrzostw świata, dziś nią jest dopiero remis z Azerbejdżanem czy San Marino.Czasy się zmieniły, kadra coraz gorsza, choć piłkarze na pewno nie. A na koniec tego rozdziału jeszcze słowo o polskich sukcesach. Przez 22 lata kilka razy przyszło mi się cieszyć z sukcesów polskiej kadry, co opisałem wyżej, ale były też zdolne młodzieżówki. Zdobywaliśmy medale mistrzostw świata,  Europy, z których później nic nie wynikało, ale najbardziej dumny byłem po zwycięstwie polskich dziewczyn z U-17 w młodzieżowym Euro. To było coś niezwykłego, tam była heroiczna walka, determinacja, mentalność zwycięzców i to wszystko, czego dziś brakuje polskiej,dorosłej, reprezentacji mężczyzn. Bierzcie przykład, panowie.

Piłkarze/idole

Moim pierwszym idolem był Marcin Mięciel, choć jak wspomniał mój brat, którego pozdrawiam, tym pierwszym był Sylfester Celesefski (czytaj Sylwester Czereszewski). Powiedzmy, że obydwaj. Obaj grali w Legii, strzelali mnóstwo goli. Przy tym "Miętowy" miał w sobie wrodzoną lekkość, strzelał z przewrotki i po prostu nie dał się nie lubić (pamiętacie ten plaster?). Międzynarodowym pierwszym wzorem był oczywiście Ronaldo. Pamiętam jak brat zwalniał mnie z zerówki (serio!), bo właśnie zaczynał się mundial we Francji.

Ronaldo to był Pan piłkarz. Szybki, przebojowy, doskonały technicznie. Nawet, gdy ważył ponad 100 kg mijał rywali jak slalomowe tyczki i był jednym z najskuteczniejszych napastników na świecie. Z samych mistrzostw we Francji nie pamiętam zbyt wiele. Gdzieś przewinął mi się Davor Suker, król strzelców całej imprezy, ale to może późniejsze kasety video? Możliwe.

W Polsce idoli miałem jeszcze kilku. Grali oczywiście w Legii. Uwielbiałem walecznego Marka Saganowskiego, Bartosza Karwana (pamiętacie, jak zapomniał meczowego dresu w Hercie?) czy później Artura Boruca. Czyli w większości zawodników niepokornych, walecznych, szalonych. Tacy mi zawsze imponowali, bo czy pamiętacie jakąś pozaboiskową, ciekawą historię Macieja Żurawskiego? Przyznacie, raczej nudny gość.

Imponowali mi również piłkarze, którzy oddawali swoje całe serce jednemu klubowi. Maldini, Totti, del Piero, Casillas mieli wartości, dziś zapomniane. Tak rzadką dziś lojalność, miłość do klubu, w którym Cię szanują i uwielbiają. Nigdy nie wybierali większych pieniędzy, nie sprzedawali się, ale byli wierni swoim zasadom. I za to należy im się dozgonny szacunek. Bo jak mawia Eric Cantona:"Możesz zmienić żonę, poglądy polityczne, nawet religię. Ale nigdy, ale to nigdy nie możesz zmienić swojej ukochanej drużyny".



Zawsze też szanowałem defensywnych pomocników, bo nie robili tego inni. Zawodników od czarnej roboty, którzy często byli niedoceniani. Najlepszym z nich był chyba Claude Makelele, późno doceniony w reprezentacji Francji. Na tej samej pozycji grał budzący szacunek, potężny Patrick Vieira, też Francuz, wieloletni podopieczny Arsene'a Wengera.  Lubiłem też waleczność Roya Keane'a, choć jego zagrania bywały chamskie. W takich chwilach jednak czułem, że futbol to coś więcej niż sport.

W reprezentacji uwielbiałem oczywiście Dudka, Olisadebe, a później też Smolarka. Z wiadomych przyczyn. Dudek był świetnym bramkarzem i setki razy ratował polską kadrę przed jeszcze większą katastrofą. Olisadebe swoimi golami dał nam awans na mundial w Korei i Japonii, Smolarek na Euro. Lubiłem też grę Andrzeja Niedzielana, jednego z wielu zmarnowanych talentów polskiej piłki. Czy ktoś pamięta jeszcze, że jego gole w meczu z Węgrami w ramach el. do Euro 2004 niemal dały nam awans do pierwszych w historii ME? I dałyby, gdyby nie układy między Szwecją, a Łotwą...

Korupcja 

Jak wspomniałem pochodzę ze wschodu Polski. Z czego znany jest wschód? Układy, łapówki, wszech obecna korupcja. I jest w tym wiele racji. Minęło jednak wiele czasu zanim to zrozumiałem. Jak pisałem wyżej chodziłem na mecze Hetmana, wierzyłem w cuda i piękno futbolu. W gole w ostatnich minutach,  w przypadkowe pomyłki sędziów, w to, że mecze nie są wyreżyserowane. Jak pisałem w jednym z tekstów:

Pokochałem ją od pierwszego wejrzenia. Była piękna, uczciwa i nieprzewidywalna. Za każdym razem, gdy ją widziałem przyspieszała bicie mojego serca. Każde spotkanie emocjonowało mnie coraz bardziej. Odliczałem sekundy, minuty, godziny bez niej. Oszalałem na jej punkcie. Później zacząłem poznawać jej prawdziwe oblicze. Nagle zaczęła mnie oszukiwać, kłamać i ze mnie drwić. Nagle okazało się, że wcale nie jest tak uczciwa, że często się sprzedaje, że mnie kantuje. Na imię miała piłka, na nazwisko nożna, a liczba jej oszustw była zatrważająca.

Kiedy po raz pierwszy uznałem, że coś jest nie tak? Po raz pierwszy o korupcji usłyszałem w związku z meczem Polska - Węgry o awans do Euro 2004. Wtedy to Łotysze umówili się ze Szwedami co do wyniku, tak, aby Ci pierwsi historycznie weszli do ME. Ucierpiała na tym Polska i gdyby nie wkradły się wielkie pieniądze, to właśnie nasza kadra awansowałaby do tego turnieju.

Jakiś czas później zastanawiała mnie potęga Amiki Wronki, która przebojem wkradła się do ekstraklasy, a potem także do europejskich pucharów. Pomyślałem mają sponsora, pieniądze i dlatego. Jednak nie potrafiłem wytłumaczyć sobie awansu z III ligi do ekstraklasy, ani Szczakowianki Jaworzno, ani Korony Kielce, ani tym bardziej Górnika Łęczna. Wtedy przypomniałem sobie, jakie wałki oglądałem w dzieciństwie na żywo i obejrzałem po raz pierwszy film piłkarski poker. Sięgałem też po materiały związane z korupcją w polskim futbolu.

Co się okazało? Mecze w naszych rodzimych ligach były ustawiane od zawsze. I w PRL-u i w komunizmie i w latach 60. i 80. Grali w nich najbardziej znani polscy piłkarze, czasem nieświadomie, czasem dokładając się na składkę. Potem ponoć korupcja w polskiej piłce upadła, ale tak nie było. Jeszcze przed wybuchem afery korupcyjnej, którą na wschodzie nikt zaskoczony nie był, domyślałem się, że ustawianie meczów w polskiej piłce to nie przeszłość. Wszyscy byli zdumieni, rozmiarami skandalu, głośnymi nazwiskami, ale szczerze w niższych ligach nikt takiego stanu rzeczy nigdy nie ukrywał. Zaskoczyło jedynie to, że miało (ma?) to miejsce w najwyższej klasie rozgrywkowej w Polsce.  Zgroza i patologia trwała w najlepsze.



Po wybuchu afery korupcyjnej kilku ludzi polskiej piłki uratowało resztki swojego honoru. Poszli do prokuratury, przyznali się do błędu,ale mimo to nie powinni pracować w zawodzie. A tym bardziej z młodymi piłkarzami, dla których powinni być autorytetem. To trochę jak z Celtikiem, honor kończy się tam, gdzie zaczynają się wielkie pieniądze i nie ma co go wymagać w tego typu sytuacjach. Życie to nie utopia.

W dobie kolejnych przestępstw i zarzutów, Polska dostała w prezencie Euro 2012. Był rok 2007, prezesi federacji dwóch najbardziej (chyba) skorumpowanych krajów w Europie otrzymali możliwość pokazania się całemu światu. Oczywiście oficjalnie, zgodnie z przepisami, ale kto zna Surkisa lub o nim słyszał, to wie co to za jeden...Wszystko oczywiście w białych rękawiczkach, media oficjalnie podały, że UEFA daje szansę krajom trzeciego, piłkarskiego świata. Nie wierzę w to i nigdy nie uwierzę, patrząc na przedwojenne stadiony we Włoszech, które też starały się o organizację tego turnieju. No, ale może się mylę...

Potem pojawiały się kolejne książki. "Spowiedź Fryzjera" to lektura obowiązkowa dla każdego kibica, który uważa, że o polskiej piłce wie już wszystko. Mecze ustawiali niemal wszyscy, od ministrów rządów do zwykłych piłkarzy. Najgorsze jest to, że tacy ludzie jak Jacek Rutkowski, prawa ręka "Fryzjera" wciąż w polskiej piłce działają i wciąż mają wiele do powiedzenia. Działacz Lecha oczywiście powiedział, że niczego nie wie, a jak było warto poczytać w książce. 

"Fryzjer" nie czaruje. Nie piszę, że był niewinny, obnaża się przed całą Polską, ale pisze także, że każdy klub w kraju miał swojego "fryzjera". Parę lat później pojawiały się kolejne skandaliczne książki. W jednej z nich Andrzej Iwan opisuje, jak Motor Lublin nie umiał wygrać kupionego meczu, a bodajże Kowal lub Szamo, że za trenera Wójcika płaciło się za grę w kadrze. Niby nic odkrywczego, wielu kibiców o tym wiedziało, ale wielu też poznało prawdę.

Pewnie nasuwa się Wam pytanie, czy polska piłka jest dziś czysta? Nie mam pojęcia. Ale nadzieja umiera ostatnia. No, i jest matką głupich...

Nienawiść 

W Polsce bardzo powszechna jest nienawiść. Nienawidzimy kogoś, bo jest inaczej ubrany, ma inny kolor włosów, skóry czy dlatego, że je banany, a przecież tego robić nie powinien. Nienawidzimy jak się komuś wiedzie, zazdrościmy zamiast gratulować. I nie dotyczy to tylko piłki, ale całej sfery życia publicznego. Nienawidzimy się również na stadionach, bo ktoś jest za Legią, a ktoś za Polonią. Myślę, myślę i pojąć nie mogę.

Przypominam sobie, mecze derbowe w Zamościu. Przyjeżdżał Motor Lublin lub inna Avia Świdnik i nikt nie przejmował się wynikiem meczu. Chodziło tylko o to, kto kogo pobije, ilu będzie rannych, a czasem i ofiar. Pojawiali się nożownicy, którzy nie wiedzieli na czym polega spalony, ale musieli się wyżyć. Przyjeżdżały dzikie zwierzęta do dzikich zwierząt. Hetman nie był lepszy, sam wielokrotnie prowokował burdy, bo przecież to odwieczny rywal. Tak, odwieczny, ale na boisku, nie poza nim. To co działo się na stadionie było chore. Najgorsze jest to, że Ci ludzie zapewne nie mają żadnych zakazów stadionowych, biegają sobie na wolności, a wielokrotnie sam widziałem, że policja bała się podejść do pseudokibiców. Czyli znów patologia.




Jestem fanem Legii Warszawa, ale co mnie obchodzi, kto komu kibicuje? Co mnie interesuje, czy człowiek przechodzący ulicą jest fanem Lecha, Widzewa czy Polonii (Murzynkiem, zresztą bardzo sympatyczne określenie, pamiętacie murzynka Bambo?)? Czy jeśli jest fanem odwiecznego klubu, to mam go nie szanować? Inna kultura, inne miejsce urodzenia, inne sympatie. Co w tym dziwnego? Ale, przepraszam użyłem słowa dla wielu "kibiców" nieznanego - kultura.

I jeszcze jedna refleksja. Nie rozumiem, jak ktoś może nie kibicować polskim klubom w europejskich pucharach. Dajmy na to kibic Legii, Lechowi. To wstyd. Kiedy Polonia wygrywała mistrzostwo Polski, siedziałem z otwartymi ustami i podziwiałem Olisadebe. Modliłem się, żeby grał tak dobrze dla naszej kadry jak w polskiej ekstraklasie. Kibicowałem Polonii w pucharach, bo to ona nas reprezentowała w Europie. Chodziło o dobro wspólne, o dobro polskiej piłki, więc czemu miałem tego nie robić? Podobnie było z Lechem, Wisłą i innymi zespołami. Przez lata smutnym okiem patrzyłem na Widzewa czy Górnika, znając historie obu klubów i widząc jak blisko są spadku z ekstraklasy. Nie widzę w tym nic dziwnego.

O nienawiści śpiewał już wiele lat temu Janusz Panasewicz i lepiej tego się ująć nie dało. Nie mówię, że byśmy zaczęli wszystko popierać, istnieją granice, nie musimy się kochać, ale się szanujmy. To nic nie kosztuje, a wprowadza wiele spokoju i radości. 

Jeśli ktoś się obraził za ten tekst, to trudno. Nie miałem nic złego na myśli, pisałem prawdę i... tylko prawdę.  Artykuł miał na celu powspominanie, zastanowienie się w jakim miejscu byliśmy, a w jakim jesteśmy. Miał na celu ponarzekanie na szarą polską rzeczywistość. Szczerze, ulżyło mi. A teraz idę w tango.


5 komentarzy:

  1. Gdzie bawi się dzisiejsza młodzież?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzisiejsza pewnie w domu przed Play Station, a ta poprzednia w klubach ze znajomymi ;)

      Usuń
  2. Więcej osobistych tekstów. Super

    OdpowiedzUsuń
  3. Dobry tekst, szczególnie o nienawiści. Nie mogę słuchać jak kibice Legii śpiewają Legia, albo śmierć. Przecież to żałosne

    OdpowiedzUsuń